Jest ciche, przytulne, ciepłe, domowe popołudnie. W zaciszu domowym całą rodziną siedzimy w dużym pokoju i kończymy zajadać obiad, kiedy nagle do drzwi ktoś nerwowo zaczął łomotać i co chwila dzwonić dzwonkiem. Wstałem, otworzyłem drzwi i do domu wpada zdenerwowany jubiler, który pod moim mieszkaniem ma swój lokal i ryczy: Co wy tu do jasnej ciasnej wyrabiacie!? Nie mam zamiaru obsługiwać klientów z parasolem w ręku. Leje mi się na łeb, przemoczone mam pół ściany, a dopiero niedawno zdążyłem odnowić sobie lokal. Zrobię wszystko, żeby dobrała wam się do tyłka obsługa techniczna budynków. Sprawdzą w końcu w tym domu systemy kanalizacyjne, rury, odpływy i tym podobne. Mam dosyć ciągłych remontów, malowania i cieknącego sufitu przynajmniej trzy razy w roku.Wystrzelił do mnie jak z karabinu tych kilka zdań.Pan jubiler zasapał się i rozkasłał.
Kończąc przeżuwać w ustach resztkę mięsa z niedokończonego obiadu zdziwiony zamruczałem: Hola, hola, drogi sąsiedzie, u mnie jest wszystko w porządku, proszę wejść i sobie sprawdzić, że u mnie się nic nie dzieje. Ale mówiąc to żołądek zaczął mi dygotać, bo za każdym razem, kiedy go zalewałem, mówiłem mu to samo.
Po przeprowadzonej inspekcji sprawdziliśmy, że faktycznie u mnie jest sucho i ta złość pod moim adresem jest zupełnie nieuzasadniona. Grzecznie pożegnałem fioletowego ze złości jubilera i z ulgą wróciłem dokończyć obiad. Kładąc się wieczorem spać, w głowie wciąż kołatała mi myśl, co to mogło się stać, że ten biedny człowiek znowu ma przemoczony lokal.
Jakie było moje zdziwienie, kiedy rano wszedłem do łazienki i stwierdziłem, że terakota na podłodze jest odklejona i tańczy po niej jak pijany zając. Nie muszę chyba nikomu mówić kim była osoba, która zaraz po tym odkryciu zaczęła łomotać do moich drzwi.
Mieszkam w budynku komunalnym, a w tego typu budownictwie jak coś się leje lub wali, to administracja sobie na to gwiżdże. Wezwałem hydraulika, który stwierdził, że pękła rura w ścianie i zaczął prace modernizacyjne - budowlane. Rozwalił pół glazury łącznie ze ścianą, na którą padło jego podejrzenie po czym zakręcił nam wodę i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki- zniknął. Kiedy ponownie się pojawił pachniał jak by świeżo wrócił od szwagra z imienin. Pierwsze co zaczął, to była opowieść jakim to on nie jest fachowcem w zrządzaniu nieruchomościami, jak by to było najważniejsze w sprawie pękniętej rury.Mógł bym jeszcze długo opowiadać na ten temat ale wspomnę tylko o tym , że po przeprowadzonej naprawie przez wyżej wymienionego jego mościa do dzisiejszego dnia mam siwo w mieszkaniu , a glazurnik staje na głowie , żeby doprowadzić łazienkę do stanu jako takiej używalności.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz